Przyszłość jest niepewna. Staramy się to jakoś oswoić – każdy na swój sposób. Niemniej do każdego raz na jakiś czas przychodzi ta myśl – że tak właściwie to nie wiadomo co się wydarzy i nie mamy na to zbyt wielkiego wpływu. Są oczywiście elementy, które możemy i powinniśmy planować – zresztą o tym w dużej mierze traktuje coaching – o uświadomieniu sobie własnego wpływu na nasze życie i wzięciu za nie odpowiedzialności. Jednak musimy też zaakceptować fakt, że bywa że życie wymyka się spod naszej kontroli, pisze swój scenariusz.

O ile jest to scenariusz pogodny, szybko przechodzimy nad tym do porządku dziennego i równie szybko zapominamy o tym, że mieliśmy farta. Gorzej, gdy coś krzyżuje nasze plany…

Lekcja do odrobienia

Ostatnio osobiście doświadczyłam niechcianych i zupełnie nieprzewidzianych zawirowań, które mocno nadwyrężyły moje poczucie bezpieczeństwa. I zaczęłam się nad tym zastanawiać. Nad tym poczuciem, że życie się dzieje i choć jestem zorganizowana, choć znam techniki coachingowe i potrafię dzięki nim pomóc innym, choć zawsze przygotowuję sobie plany B, a nawet C… bywają momenty, gdy pozostaję bezradna wobec zastanej sytuacji. Dociera do mnie, że nie potrafiłam jej przewidzieć, przygotować się – muszę ją przyjąć – czy tego chcę, czy nie. I powiem Wam, że to chyba jedna z najtrudniejszych dla mnie lekcji do odrobienia. Zaakceptować tę nieprzewidywalność i potrafić nie bać się jej na zapas.


“Może skoro życie jest tak nieprzewidywalne, może można się po prostu cieszyć dniem dzisiejszym? Co za różnica w końcu – martwię się, czy nie? I tak nie jestem w stanie wymyślić tego, co przyniesie jutro. Czemu więc nie miałabym po prostu cieszyć się dzisiaj?”


Wiele razy rozmawiałam ze znajomymi oraz z osobami, z którymi miałam przyjemność prowadzić sesje coachingowe – i wiem, że większość z nich zna problem przejmowania się na zapas. Sama jestem w tym mistrzynią (choć bardzo tego w sobie nie lubię i staram się zwalczyć tę paskudną przypadłość). I nagle te kilka sytuacji, które się pojawiły i zaskoczyły mnie, uświadomiły mi coś ważnego – nie przewidziałam tego. Nie przewidziałam! Tyle czasu martwiłam się o różne rzeczy, tyle chciałam asekuracyjnie zaplanować, wyprzedzić. A i tak zostałam zaskoczona. Tyle godzin zupełnie bez sensu spędzonych na analizach “co by było, gdyby…”. Czas, gdy wszystko było dobrze został zmarnowany na rozważania co zrobię, gdy będzie źle.

I nagle przyszło olśnienie – może więc nie ma sensu martwić się na zapas? Pójdźmy dalej – może skoro życie jest tak nieprzewidywalne, może można się po prostu cieszyć dniem dzisiejszym? Co za różnica w końcu – martwię się, czy nie? I tak nie jestem w stanie wymyślić tego, co przyniesie jutro. Czemu więc nie miałabym po prostu cieszyć się dzisiaj?

Potrzeba kontroli

Taaak… tyle w teorii. A jak wygląda praktyka? Otóż prawda jest taka, że z jakiegoś powodu tak kurczowo trzymamy się tego zamartwiania o przyszłość. W końcu każdy z nas miał chwile olśnienia, gdy dochodził do wniosków takich, o których piszę powyżej. Co więc powoduje, że po chwili euforii spowodowanej odkryciem, że nie warto martwić się o przyszłość, powracamy do starych nawyków? Tym czymś jest poczucie kontroli. Zamartwiając się o przyszłość wydaje nam się, że tę przyszłość kontrolujemy. Wszak tworzymy w głowie plany A, B czy C na różne straszne okoliczności. Rozważamy co zrobimy, gdy coś się wydarzy, jakie kroki podejmiemy itd. Potrzeba kontrolowania przyszłości,  choćby miało być to ułudą jest silniejsza niż sądzimy.

Co mogę zrobić?

Czego więc nam trzeba, by się wyzwolić z wiecznego zamartwiania się? Akceptacji tego, że rzeczywistość bywa nieprzewidywalna, że nie da się jej kontrolować. Porzucenia złudzeń  – że jeśli obmyślę trzy opcje zachowań na wypadek „końca świata” to będę bezpieczna. Nie będę. Bo „końce świata” mają to do siebie, że przychodzą znienacka, w najmniej odpowiednim momencie i do tego przybierają formę, której nie wymyśliliśmy w najśmielszych fantazjach.

Tylko co mamy począć z tą pustką, która w nas pozostanie,gdy już porzucimy złudzenia o kontrolowaniu przyszłości? Najrozsądniej byłoby wypełnić ją myślą o tym co dzieje się dziś – docenieniem tego, co dziś mamy. Skoro uwolnimy myśli od przyszłości, zyskamy niejako wolną przestrzeń na to co tu i teraz. Prawdopodobnie to da nam więcej siły na wypadek nagłego „końca świata”. Bo taki koniec wymaga dużo siły, by przekuć go w dobry, nowy początek.

Iza Mazurek – Turska

%d bloggers like this: